Czarno-białe

styczeń 11, 2009

Ziemi grozi zagłada. Niebezpieczeństwo nie jest bliżej określone, ale czuję całą sobą jego gwałtowność i siłę. Jego pewność nadejścia.

Jest noc. Przygotowania do ewakuacji trwają. Kryjemy się w piwnicach. Rodzina, znajomi z pracy, nieznajomi. Niezbędnym wymogiem do uczestnictwa w akcji jest bycie czarno-białym. Przechodzimy przez specjalny portal, każdy z nas wygląda jak żywcem wyjęty z ekranu starego telewizora, lekko śnieżący, w odcieniach bieli, czerni i szarości. Niebezpieczeństwo jest coraz bliżej. Czas wyjść z piwnic.

Jesteśmy na tratwach oblanych smołą. Płyniemy rwącą rzeką. Wokół pola pszenicy, kilka drzew. Dowiaduję się, że nurt rzeki jest napędzany sztucznie energią z miejscowego wulkanu. Nie wiedziałam o tym. Kierownik tratwy wyjaśnia schemat – ma rysunki z przekrojem wulkanu, miejscowymi kanałami i dopływami energetycznymi. Wzdłuż rzeki co jakiś czas przebiegają czarne postaci. Dostaliśmy nakaz, żeby nie zabierać ich na tratwy. Jedna z nich wskakuje do wody, chwyta za brzeg tratwy. Nie pomagamy, ginie w nurcie. Nie mamy wyrzutów sumienia.

Wciąż noc, tratwy zamieniają się w rowery. Jedziemy szosą. Kilometr za kilometrem. Zgłodnieliśmy, robimy biesiadę na szosie. Jest wujek, babcia, szef. Wszyscy czarno-biali. Czujemy niebezpieczeństwo. Wokół nas pełzają czarne wodne węże. Trzeba je ignorować, to jedyne wyjście żeby ocaleć. Wyruszamy w dalszą drogę. Pod nogami czarny asfalt.

Sen się kończy. Mój mózg nie wygenerował żadnej ciekawej pointy. Nie wiem, co się stało z naszą planetą. Nie wiem, dlaczego musieliśmy być czarno-biali. Jako przerywniki gościnnie wystąpiły dwa zdechłe chomiki, upakowane w kartony po budzikach. I Tesco, dział ubraniowy.

Nie, niczego nie palę.

Antydepresant

grudzień 21, 2008

Śpię snem nijakim. Letarg, a w tle polifoniczna monotonia. Zapas nadziei niewyczerpanej nadwątlony rzeczywistością. Continuum dźwięków biegnących tuż za obrazami. Akordy zimnych dni. Nieskończoność reakcji zamknięta w klatce ego. Staccato deszczu wtóruje tuż za oknem. Uczucia nie okazane. Myśli nie przemyślane. Ja, sto sytuacji i Ty. Oni, wy i tamci, tamte.

Obudź mnie z tego snu. Znajdź mnie, odkryj mnie. Bądź przy mnie jak cień. Mój rytm czeka na akompaniament.

Wstrząsy

listopad 23, 2008

Sen miałam. Śniło mi się, że o piętnastej zero zero zatrzęsie miastem, w którym mieszkam. Zatrzęsie porządnie, bo prognozy dość przerażające. Wstrząsy miały być takie, że nawet Richter by się wystraszył. Miasto, co ciekawe, nie pogrążyło się w panice. Wszystko było takie logiczne. Będzie nami trząść – OK, niech trzęsie.

A z racji tego, iż godzina piętnasta dnia roboczego najczęściej jest przeze mnie spędzana w biurze, tam też rozpoczęłam przygotowania. Po czternastej przyniosłam ogromne jaśki, nie wiem po co, chyba po to, żeby zamortyzować drgania. Jeden założyłam na głowę i chodziłam z nim po biurze, obmyślając genialne sposoby na to, jak przeżyć. I wymyśliłam. Stwierdziłam, że cała się obłożę poduszkami, a później przywiążę kablem sieciowym do fotela na kółkach. Tym sposobem, nic mnie nie poobija i będę się mogła bezpiecznie przemieszczać.

Biurowi koledzy jakoś nie podzielali mojej odkrywczej pasji, siedzieli przy biurkach i pracowali, spokojnie oczekując piętnastej. Ja natomiast byłam dumna z tego, że mam na głowie tego ogromnego jaśka, pokładając też część zaufania w wytrzymałości kabla sieciowego.

Piętnasta zbliżała się nieuchronnie. Koledzy zerknęli na zegarek, rzucając “Zaraz się zacznie” i dalej popijając herbatę. Ja z jaśkami i na krześle przejechałam przez biuro, zatrzymując się dokładnie w progu. Oglądałam kiedyś taki program na Discovery, gdzie mądry pan mówił, że w razie trzęsienia ziemi należy tam stanąć, bo to najbardziej wytrzymała część konstrukcji budynku (?).

Czekałam w tym progu kilka minut, odliczając czas. 14:58, 14:59, 15:00…

Nic się nie stało.

Co gorsza, obudziłam się. I po co ta cała moja zapobiegliwość oraz mega kreatywność? Po co ten cały strach i jaśki? Się pytam. Życie jest niesprawiedliwe. Sny przede wszystkim.

Nie pytajcie, czy jestem zdrowa.